Amerykańska gospodarka na drodze do „trzeciego świata”

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/heartindustry/2614642125/sizes/m/Szczerze mówiąc, nigdy do tej pory nie miałem wrażenia szybkiemu zmierzchu Stanów Zjednoczonych jako ekonomicznego mocarstwa. Inaczej niż wielu America haters, nienawistników prorokujących upadek liberalnej, wolnorynkowej Ameryki. Oczywiście, mylili się za każdym razem. Tym razem przyglądam się prowadzonej przez partię (Socjal)Demokratów polityce, oceniam wyniki gospodarcze i – jeszcze gorsze – perspektywy i mam wrażenie, że taki zmierzch wydaje się być „w zasięgu ręki”. To znaczy działania rządzących prowadzą do szybkiego marszu w kierunku zniekształconej, zadłużonej, przeregulowanej i w efekcie nieefektywnej gospodarki – tak typowej przez dziesięciolecia dla krajów Afryki, Ameryki Łacińskiej, czy Azji.

Ja sam długo już uczę ekonomiki rozwoju gospodarczego i mogę powiedzieć, że z upływem lat wykształcił się w teorii rodzaj konsensusu odnośnie zaleceń dla prowadzenia polityki gospodarczej. Kiedy patrzę jednak na obecną amerykańską politykę gospodarczą, to widzę, że postępuje ona dokładnie  o d w r o t n i e  niż wskazywałyby na to zalecenia oparte na kilku dziesiątkach lat doświadczeń krajów biedniejszych.

I tak zalecenia, co do polityki monetarnej mówiły o stabilnym strumieniu pieniądza zasilającym gospodarkę, bez gwałtownego obniżania i podwyższania stóp procentowych oraz zwiększania podaży pieniądza. Tymczasem FED nie tylko obniżył stopy prawie do zera, ale jeszcze wprowadził tzw. ilościowe ułatwienia. Ilościowe ułatwienia normalnie nazywają się „drukowaniem pustego pieniądza” i rządy surowo przestrzega się przed takimi nieroztropnymi działaniami. Z samego faktu, że nazwiemy coś, zamiast żółtego „kanarkowym” nie zmienia to istoty danego zjawiska: „ułatwienia ilościowe”, to drukowanie pustego pieniądza.

Już od lat 70. przestrzegano rządy krajów „trzeciego świata” (i inne zresztą też!) przed tzw. „bliźniaczymi deficytami”: deficytami budżetu państwa i deficytami w rozliczeniach z innymi krajami. Tymczasem „stymulus” rządu Obamy przekroczył w 2009r. 10% PKB, a następne szykują się w podobnej skali. Z kolei deficyt na rachunku bieżącym w wymianie ze światem jest nadal głęboki. Jest to recepta na rozchwianie gospodarki, jeśli nie na jej załamanie, gdy rynki finansowe kiedyś po raz pierwszy zażądają wyższego oprocentowania kupowanych amerykańskich obligacji, a za drugim razem powiedzą: ”nie”, ze względu na zbyt wysokie ryzyko.

Ale nawet jeśli do takiego krachu nie dojdzie, to wysokie zadłużenie wymusi wysokie podatki, a to z kolei osłabi skłonność do pracy, zarabiania, oszczędzania i inwestowania. Doświadczenia krajów Europy Zachodniej są jednoznaczne. W długim okresie im wyższy udział wydatków publicznych w PKB, tym niższe tempo wzrostu gospodarczego. Po kilku latach takich „stymulusów” Ameryka dołączy do wolno rosnącej Europy (która zresztą ostatnio wydaje się popełniać mniej błędów niż szalejący interwencjoniści obecnie rządzącej Ameryką ekipy).

W dodatku wielki wzrost zadłużenia i zalew drukowanego pieniądza dokonuje się najbardziej nagannymi z punktu widzenia wiedzy ekonomicznej środkami. Za    n a j g o r s z y   sposób łatania dziury budżetowej uważa się monetyzację deficytu przez bank centralny, to znaczy kupowanie przez tenże bank obligacji emitowanych przez rząd. Polska wprowadziła zakaz tego rodzaju operacji bodaj już w 1992r., w trzecim roku zmian ustrojowych.

Złośliwcy mogą twierdzić, że ten szybki zjazd bierze się z lewicowej ideologii tej ekipy, która tak wielką wagę przykłada do równości. Skoro „równościowcy” nie wierzą, iż uda się podciągnąć kraje „trzeciego świata” do poziomu Ameryki, to trzeba ściągnąć Amerykę w dół do poziomu „trzeciego świata”…

Czytaj również