Bliska lekcja z dalekiego Detroit

Drukuj

Prasa zagraniczna, a w ślad za nią także i polskie gazety, interesują się sprawą możliwego bankructwa amerykańskiego Detroit, niegdyś centrum przemysłu samochodowego. Niestety – jak zazwyczaj – gonią za sensacjami. A czy tak duże miasto może zbankrutować? Czy sprzedaż wartych ok. miliarda dolarów dzieł wielkich malarzy z miejskiej galerii uratuje sytuację? Itp., itd.
O poważniejszych aspektach tego dramatu czytamy i słyszymy niewiele. Tymczasem sytuacja Detroit, a zwłaszcza jej przyczyny, to jeden z charakterystycznych przejawów postępującego powoli, ale nieuchronnie upadku państwa opiekuńczego w jego obecnym, wynaturzonym kształcie.
W bardziej scentralizowanej Europie widać to przede wszystkim w skali państw, w USA bardziej widać to (na razie) w skali stanów i miast. W mojej niedawno wydanej w Anglii i Stanach książce: „Economic Futures of the West” wskazuję na przykład bliższego mnie Pittsburga, które – jak wtedy (w 2011r.) liczono miało zobowiązania wobec obecnych i przyszłych emerytów zatrudnionych w przeszłości lub obecnie w sektorze municypalnym w wysokości niewiele mniejszej niż całoroczny polski PKB (ponad 580 mld $).
Takich miast (i stanów) jest w USA więcej. Ich mieszkańcy ponoszą konsekwencje decyzji wcześniejszych (a czasem i obecnych) władz, które pod presją – a czasem i szantażem (nie wywieziemy śmieci, nie będziemy patrolować ulic miast, itd.) – akceptowaly nierealistycznie wysokie płace i przywileje emerytalne. A władze miejskie czy stanowe godziły się na ów szantaż, rozumując iż martwić się będą ich następcy. Przy okazji, w tymże bankrutującym Detroit roczne płace nauczycieli wahały się 1-2 lata temu w granicach 60-70 tys. $.
Konsekwencje ponoszą mieszkańcy-podatnicy, bo nie sami pracownicy sektora publicznego czy tegoż sektora emeryci. Ci są oburzeni i odpowiadają na pytania mediów, że przecież zapracowali na swoją emeryturę. A sądy, powołując się na doktrynę praw nabytych, których po fakcie nie należy zmieniać, przyznają im niestety rację. Niestety, bowiem owi obecni i przyszli emeryci nie zasłużyli przecież na emerytury w wysokości ich zarobków z ostatnich lat lub nawet wyższe. A sędziowie nie mają racji, patrząc tylko na doktrynę prawa, a nie na okoliczności, w jakich owe przywileje zostały uzyskane, czy raczej „wyrwane” szantażem. Takie sytuacje znamy i z Polski, gdzie np. przywileje górnicze trwają tylko dlatego, że kolejni rządzący nie chcą się narażać wojowniczym związkom.
Ten proces będzie się nasilać po obu stronach Atlantyku, bowiem trwający wzrost udziału wydatków publicznych w PKB redukuje od dziesięcioleci dynamikę PKB. A w warunkach wolnego wzrostu (maksimum 1-2% rocznie) bez głębokich cięć się nie obejdzie. Alternatywą zaś będzie trwała stagnacja.
Dla przypadku Polski mam dwie rekomendacje. Po pierwsze, należy zrozumieć, co i dlaczego się dzieje i coraz ostrożniej kreować dochody i wydatki sektora publicznego. Z udziałem wydatków publicznych w PKB rzędu 44-46% w ostatnich kilku latach nie jesteśmy wcale tak daleko od Zachodniej Europy, która jest coraz bliżej długotrwałej stagnacji.
Po drugie zaś, nasze miasta powinny zastanowić się nad przyczynami losu Detroit i innych miast amerykańskich. Kiedyś napisałem felieton pt. „Wprowadzić zakaz stadionowy”, w którym domagałem się zakazu budowy i rozbudowy kolejnych stadionów. Dodać do tegoż zakazu należałoby też zakaz budowy lotnisk i akwaparków w każdej gminie. W końcu, to wszystko zbudować można w większości za (szkodliwą moim zdaniem) unijną darmochę. Ale opłacać bieżące wydatki tych i innych „katedr na pustyni” (jak nazywają Włosi nietrafione inwestycje) będą samorządy. I to im może zabraknąć pieniędzy na najbardziej konieczne dla mieszkańców usługi…

Czytaj również