Coraz mniej scenariuszy ze wzrostem gospodarczym w perspektywie

Drukuj

Na niedawnej konferencji, na której byłem, wielu wysoko postawionych mówców: finansistów, biurokratów z międzynarodowych instytucji, a także polityków, zastanawiało się nad przyszłością Europy. Dwie grupy dyskusyjne miały taki temat nawet w nazwie swoich posiedzeń. Niestety, uważam, że większość referentów i dyskutantów zmierzała w niewłaściwym kierunku.
Dyskutowano nad kwestiami wspólnego nadzoru finansowego, kształtem unii bankowej i tym podobnymi kwestiami struktury instytucjonalnej przekształcającej się strefy euro. Wszystko to ma jakąś wagę dla przyszłości Europy. Jakiekolwiek byłyby jednak rozwiązania instytucjonalne, sukces (a nawet przetrwanie) Eurostrefy jako całości i krajów-członków tejże strefy, zależeć będzie w pierwszej kolejności od powrotu wzrostu gospodarczego do strefy euro i Europy.
Problem z tym, że wielu sądzi, iż rozwiązania, o których mowa, same z siebie przywrócą dynamizm gospodarczy Europie. Jest to jednak nieporozumienie. Scenariusze, które proponują zwolennicy aktywizmu w polityce gospodarczej są najzwyczajniej w świecie nierealistyczne.
Przede wszystkim poza zasięgiem współczesnych gospodarek Zachodu jest scenariusz wyjścia z zadłużenia przez przyspieszenie wzrostu gospodarczego. „Dosypiemy budżetowych pieniędzy i gospodarka zacznie rwać do przodu” – mówią majsterkowicze różnych krajów. Pasowałoby do nich marksowskie hasło: „Majsterkowiecze różnych krajów, łączcie się!”.
A tymczasem – o czym pisałem parokrotnie – rosnący udział wydatków publicznych w PKB powoduje coraz wolniejszy wzrost gospodarczy. Tak więc, nawet dolanie mnóstwa oliwy do ognia (czytaj: duże deficyty budżetowe) niewiele pomoże. Przykładem jest Ameryka: mimo deficytów rzędu 10% PKB wychodzenie z recesji jest najniższe od 80. lat.
Jest jeszcze jeden (cwany) sposób, o którym co jakiś czas publicznie marzą politycy i popierają ich w tych marzeniach podobnie myślący ekonomiści. Otóż warto by wywołać inflację, która obniżyłaby realne stopy spłat zaciągniętych przez państwa kredytów i spłacanych obligacji. Dług publiczny w realnym wymiarze – i w relacji do PKB – zmniejszyłby się i znów można by się zadłużać do woli (kosztem oszczędzających na emerytury, którzy są głównymi klientami różnych funduszy inwestycyjnych, kupujących papiery skarbowe).
„Inflacjowicze” – że tak ich nazwę – mają (na szczęście!) jeden kłopot. Otóż inflacja nie nadchodzi, mimo puchnących bilansów głównych banków centralnych świata zachodniego. A nie nadchodzi, wbrew podręcznikowym oczekiwaniom, gdyż ocean pieniędzy w niewielkim tylko stopniu dociera do realnej gospodarki, zatrzymując się na giełdzie, obligacjach skarbowych, kontraktach surowcowych, itd. Dlatego amerykańska giełda podwoiła swój poziom od „wielkiej recesji” 2009r., a kredyty dla przedsiębiorstw wzrosły o ok. 1% (!!!). Ceny dóbr i usług rosną bardzo powoli i niewiele wskazuje, by w najbliższej perspektywie miało być inaczej.
Po prostu, przedsiębiorcy w obecnym klimacie nie widzą jakiegoś znacznego, nadchodzącego wzrostu popytu i nie inwestują. A te niewielkie przyrosty popytu, jakie rynek rejestruje, spokojnie mogą zostać zaspokojone przez już zainstalowane moce produkcyjne. Do klimatu niepewności przyczyniają się też rozmaite antybiznesowe kampanie, widoczne w wielu krajach zachodnich (od USA zaczynając).
Tak więc inwestycji i wzrostu gospodarczego w średnim okresie będzie bardzo niewiele. Mogłoby być więcej, ale niemal wszyscy omijają zasadniczą przeszkodę: górę „socjalu” ciążącą na dynamice gospodarczej świata zachodniego. Semistagnacyjny „wzrościk”, raczej niż wzrost gospodarczy, potrwa więc jeszcze dość długo – i bez zmian, o których piszę, przekształci się w pełną stagnację..

Czytaj również