Czego „początek końca” obserwujemy na Zachodzie?

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/mrjoro/89187454/sizes/m/W styczniu Financial Times opublikował bardzo ważny, moim zdaniem, artykuł odredakcyjny pod tytułem „Zadziwiająca śmierć technokracji”. Tytuł nie jest ważny, gdyż stanowi w istocie ucieczkę od rzeczywiście zarysowujących się tendencji ekonomiczno-społecznych w świecie zachodnim. Ważny jest ze względu na to, iż skierowuje nieuchronnie nadciągającą dyskusję na fałszywe tory.

Otóż, zdaniem FT, technokraci – w wyniku kryzysu finansowo-ekonomicznego – „tracą kontrolę nad politycznymi debatami na rzecz populistów”. Warte zauważenia jest „ustawienie” debaty o przyszłości: technokraci kontra populiści. Populiści, to np. zwolennicy Tea Party, którzy domagają się powrotu do konstytucyjnej pewności w działaniach władz publicznych, uważają kolektywistyczne rozwiązania nie tylko za nieefektywne, lecz niezgodne z amerykańską konstytucją, sprzeciwiają się zadłużaniu obecnego i przyszłych pokoleń, innymi słowy odrzucają zmiany instytucjonalne minionego stulecia. Potem FT przedstawia, w podobnym świetle, mniej jednoznaczne zmiany nastawienia w zachodniej Europie.

Warto zadać więc sobie pytanie, czy lata 1875-1975, to były lata dominacji idei technokratycznych i rządów technokracji, czy raczej – jak wskazują historycy idei i historycy gospodarczy – dominacji idei socjalistycznych i rządów socjaldemokracji. „Liberalna kontrrewolucja” lat 80-90. XXw. zatrzymała i nawet nieco cofnęła ten proces. Niemniej od kryzysu 2007-08 obserwujemy ponownie ekspansję interwencjonizmu i tego, co były zastępca naczelnego redaktora FT, Samuel Brittan, nazwał „zasmucającym powrotem etatyzmu”.

Tak więc, dla redaktorów FT, socjaldemokraci to rozsądni technokraci, a zwolennicy klasycznego liberalizmu, to populiści. Innymi słowy: „Krugman i Siglitz – tak, Friedman i Becker – nie!”. Motto Financial Times brzmi „ Bez obaw i bez faworytyzmu”. Najwyraźniej jednak redaktorzy tej wpływowej gazety faworyzują socjaldemokratyczny interwencjonizm i redystrybucję, a boją się tych „okropnych” liberałów określając ich jako populistów, kontrrewolucjonistów i insurrekcjonistów.

To, co może zmieść socjaldemokratyczne (bynajmniej nie technokratyczne!) elity, to rosnąca świadomość społeczna nadchodzącego bankructwa socjaldemokratycznego państwa opiekuńczego demokracji (warto zwrócić uwagę, że następuje ono w ćwierć wieku po tym, jak zaczęło załamywać się despotyczne państwo opiekuńcze komunizmu!). Suma zobowiązań, podjętych ze szlachetnych pobudek lub ze zwykłego politycznego włazidupstwa, znacznie przekracza wydolność podatkową coraz wolniej rosnących zachodnich gospodarek. W jakim miejscu historii gospodarczej znajdujemy obecnie, gdy jedno miasto amerykańskie – Pittsburgh – ma (według tegoż FT) ponad 580 miliardów $ niesfinansowanych zobowiązań emerytalnych wobec pracowników sektora publicznego?!

W dodatku gospodarki te rosną i będą rosnąć coraz wolniej. Coraz liczniejsze badania empiryczne wskazują, że im większy udział wydatków publicznych w PKB, tym niższe tempo wzrostu gospodarczego. Bez bardziej szczegółowych badań, można zresztą porównać tempo wzrostu gospodarczego krajów Zachodniej Europy przez poprzednich 5 dekad (1960-2010), aby zauważyć ten trend. Przykrojenie „socjalu” do rzeczywistych (i malejących!) możliwości – czyli bardzo głębokie cięcia, znacznie głębsze niż w Wielkiej Brytanii obecnie – czeka za rogiem ulicy. Kryzys finansowy i aberracyjne reakcje polityki gospodarczej „majsterkowiczów” przyspieszyły jedynie ów nieuchronny proces. Technokracja nie ma z nadchodzącą cywilizacyjną korektą wiele wspólnego…

Czytaj również