Czy naszym politykom potrzeba jest wiedza?

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/bundu/569055958/sizes/m/Doświadczenie sugeruje, że niezbyt często. To znaczy, owszem, politycy potrzebują wiedzy, ale raczej tak, jak pijacy latarni. Czyli dla podparcia się, nie dla oświecenia. Dlatego, między innymi, nawoływania różnych medialnych „guru”, by wymusić na partiach politycznych wydawania części otrzymywanych od państwa pieniędzy na analizy problemów, a jeszcze lepiej na tworzenie partyjnych think tanków, pozostają u nas ciągle w sferze postulatów.

Zresztą poziom intelektualny większości partii jest tak mało atrakcyjny, że nie przyciągają one fachowców różnych dziedzin. Lat temu wiele żartowałem w którymś z moich tekstów, że być może partie z publicznych pieniędzy nabyłyby z demobilu jakieś tanki, ale z thinkiem będą miały wielkie kłopoty. Dlatego nie ma think tanków w PiS, czy SLD.

Platforma, gdy powstawała, wydawała się inna. Samorzutnie niejako pojawiła się grupa fachowców z różnych dziedzin, przygotowując różne potrzebne analizy i rekomendacje. Grupa ta przekształciła się w dobrowolny – i bezpłatny – zespół szkoleniowy, ofiarowując działaczom PO szkolenia z różnych ważnych dla nich dziedzin. Była to próba przeniesienia pewnych doświadczeń amerykańskich, gdzie po wyborach nowi posłowie Demokratów przechodzą szkolenie w Harvard School of Government and Politics, a Republikanów – w waszyngtońskim instytucie Heritage Foundation.

Jedną rundę czterech szkoleń przeprowadziliśmy (z udziałem zaproszonych wysokiej klasy fachowców), na drugą posłom zabrakło już czasu i ochoty. Fachowcy sprzyjający liberalnej wówczas Platformie odeszli, jak wcześniej przyszli, do swoich licznych zajęć zawodowych.

Minęło prawie 10 lat i think tanku PO  n i e  doczekała się. Aż tu nagle dowiedziałem się z mediów, że w PO powstał Instytut Obywatelski. Ale, że czasy inne, ludzie się zmienili i PO się zmieniła (niestety!), więc i ów instytut – o którego istnieniu słychać jedynie w mediach – jest inny. Wygląda na to, że jest  j e d n o o s o b o w y, w postaci bliżej nieznanego Jarosława Makowskiego. I, jak przystało na współczesną Platformę, nawet nie narodowego liberała (wedle ostatniej mody!), ale … teologa. Można by, więc, do przymiotnika: „liberalny”, gdy mówi się o Platformie, dodawać na zakończenie: RIP (czyli, dla nie znających łaciny, „niech spoczywa w spokoju”).

Rzeczony teolog pojawia się tu i tam w mediach, dając odpór tym wszystkim, którzy twierdzą, że życie think-tankowe w Platformie nie istnieje. Ale przypomina to starą historyjkę opowiedzianą w podobnym kontekście przez Antoniego Słonimskiego. Otóż jest Wigilia, późne popołudnie. Sprzedawca karpi za Żelazną Bramą w Warszawie ma jeszcze mnóstwo karpi niesprzedanych. Większość zresztą już śniętych. Kupiec chcąc zachęcić kupujących wkłada rękę do balii, w której pływają śnięte karpie, miesza parę razy i woła z udawanym zachwytem : „Aleście się rozigrały!”…

Czytaj również