Energetyka odnawialna, czyli Dawid z subsydiowaną procą…

Drukuj

W latach komuny Janek Pietrzak pokazywał zadęcie ówczesnej władzy, której jakiś ważny przedstawiciel stwierdzał, że „gdyby nie brak puszek, moglibyśmy zarzucić Europę konserwami, ale też … nie mamy mięsa”. Ten właśnie żart przypomina mnie się, gdy słyszę o „postępach” naszej odnawialnej energetyki. Bowiem ta coraz bardziej kosztowna plaga zaczyna się – niestety – zadomawiać także i u nas.

http://www.flickr.com/photos/kliefi/2272223945/sizes/m/

Gazety piszą dyrdymały o osiągnięciach na Zachodzie, a także o naszych sukcesach w produkcji – rzekomo coraz bardziej opłacalnej – odnawialnej energii. I jednym tchem o zbliżającym się końcu paliw kopalnych. Czytamy więc „artykuły promocyjne”, czyli finansowane z budżetu lub unijnej darmochy, o „postępach”, czyli o – cytuję – „bardzo dużym zainteresowaniu pozyskiwaniem dofinansowania z programu właśnie w tym zakresie”…

Cóż, będzie coraz więcej subsydiowanych „kapitanów przemysłu” (jak niegdyś dumnie nazywano przedsiębiorców), którzy na rynku utrzymywać będą się za pieniądze naszych lub zachodnioeuropejskich podatników. No i nasi ekonomiczni komentatorzy rozpisują się o owych „sukcesmenach”, demonstrując typową, niestety, nieznajomość podstaw ekonomii.

Rozbawiła mnie właśnie kabaretowa historyjka o polskim wynalazcy technologii szybkiej produkcji węgla drzewnego. Sam wynalazek niczego sobie, ale co z tego, kiedy nie ma u nas wielkich perspektyw zastosowania, ponieważ nie ma nie tylko puszek (czyli pieniędzy), ale także mięsa (czyli surowca do produkcji owego węgla).

Otóż chłopi – skarży się żurnaliście właściciel firmy produkującej ów węgiel drzewny – nie chcą hodować roślin energetycznych. Firma płaci ok. 100 zł za tonę biomasy a oni nic. Dla ekonomisty jest oczywiste, że widocznie za uprawy czego innego można z hektara wypracować więcej lub, co bardziej prawdopodobne w unijnym teatrze absurdu, dostać wyższe dotacje.

Kapitan subsydiowanego przemysłu, czyli właściciel firmy, myślał już o sprowadzaniu mięsa (surowca) z Malezji, Indii, czy Indonezji, czego by już Janek Pietrzak nie wymyślił. Ale – co za niespodzianka! – wożenie badyli przez pół świata okazało się nieopłacalne. Więc myśli się teraz zbudowaniu zakładów produkcyjnych tam i przywożeniu do Europy już samego węgla drzewnego. Szefostwo liczy na wielkie zyski (ciekawe ile z tych zysków powstanie w wyniku uzyskanych subsydiów).

W innej historyjce o kapitanie subsydiów opisuje się, jak to z jakimś Brytyjczykiem toczą „wojnę na wyniszczenie” obrzydliwe koncerny paliwowe, z którymi to Goliatami walczy ów bohaterski Dawid. Te paskudy – żali się ów Dawid innemu żurnaliście – nie poddadzą się tak łatwo, tylko w obronie swoich zysków sięgną po nowe złoża lub zastosują nowe technologie. Okropność!

Opis bohaterskiej walki owego Brytyjczyka ujawnia, co udało mu się osiągnąć w produkcji paneli słonecznych. Przy okazji – to dotychczas najbardziej deficytowy sposób pozyskiwania energii, który istnieje tylko dlatego, że dopłaty do wytwarzanej energii są kilka-kilkanaście razy wyższe niż cena jednostki energii wytworzonej w energetyce konwencjonalnej.

Otóż z dziennikarskiego opisu wynika, że ów Dawid bohatersko wywalczył po kolei kilka dotacji. Słowa tam nie ma, jakie zyski udało mu się osiągnąć. Wygląda na to, iż ów Dawid walczący z Goliatem (a nawet Goliatami) jedzie, dzięki subsydiom na deficycie. I tym różni się od swego poprzednika. O ile, bowiem, sobie przypominam, biblijny Dawid – w odróżnieniu od Brytyjczyka – procę zrobił sobie  z a  w ł a s n e  p i e n i ą d z e…

Czytaj również