Lekcje z rankingu wolności gospodarczej

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/kphaber321/93157852/sizes/z/Żyjemy w czasach, jak to określił były wiceszef Financial Times, Samuel Brittan, „przygnębiającego powrotu państwochwalstwa”. W świecie zachodnim – z byłymi liberalnymi gospodarkami, jak Wielka Brytania i USA, na czele – aż roi się od znakomitych pomysłów na podwyższanie podatków, zwiększanie kontroli nad prywatnym biznesem i podobnymi. Pojawiają się też pomysły, które zmarły  śmiercią naturalną, to znaczy zostały zanegowane przez doświadczenie.

Np. koncepcja „narodowych czempionów”, która narodziła się we Francji (zresztą, ojczyźnie wielu niemądrych pomysłów). Idea była następująca. Amerykańskie firmy są duże, więc musimy tworzyć duże krajowe  (francuskie, włoskie, belgijskie, itd.) firmy, które będą w stanie konkurować z amerykańskimi korporacjami. Ale narodowi czempioni nadal przegrywali w konkurencji z Amerykanami. Zmieniło się to dopiero po powstaniu pierwszego wspólnego rynku sześciu krajów. Większy rynek ujawnił źródło amerykańskich przewag; jednym z nich była skala rynku i silnej na nim konkurencji.

Oczywiście innych przewag amerykańskich korporacji zniwelować się nie dało, jak np. większej dozy wolności gospodarczej. I tu dochodzimy do kwestii podniesionej w tytule. Ukazał się indeks wolności gospodarczej Wall Street Journal i Heritage Foundation. Odnotowano u nas w zasadzie tylko mało chwalebne miejsce (68.) Polski. I właściwie na tym zainteresowanie mediów skończyło się.

O tym, że wiele nam brakuje nawet do średniego poziomu wolności gospodarczej w UE wiadomo nie od dzisiaj. Wskazują na to różne indeksy: Doing Business Banku Światowego, czy robiony co 5 lat indeks intensywności i zakresu regulacji (dzierżymy tam od początku ostatnie miejsce). Coś tam robimy w tym względzie – absolutna wysokość „słupków”, odzwierciedlająca nie miejsce w rankingu, lecz absolutny poziom regulacji mierzony przez OECD z okresu na się kurczy. Tyle, że inni zmniejszają poziom przeregulowania szybciej, bądź od początku mieli znacznie więcej wolności. Mamy więc wiele do odrobienia.

Ale w dobie „państwochwalskiego wzmożenia” i rosnących kłopotów różnych krajów zachodnich warto w rankingu wolności gospodarczej spojrzeć także na innych. I odnotować, że wprawdzie USA nadal są blisko najlepszych, ale wypadły z pierwszej trójki, gdzie były od lat i zajmują 9. miejsce. Jeszcze ciekawsze jednakże – dla nas przynajmniej – są lokaty krajów Unii Europejskiej. Ciekawsze i bardzo pouczające.

Tuż przed Polską jest Słowenia (66. miejsce). Pouczające, bowiem przez wiele lat, od początku wieku, Słowenia i Polska były najwolniej rosnącymi nowymi krajami członkowskimi UE.

Myślę jednak, że jeszcze bardziej pouczające jest to, kto ze „starych” krajów Unii znajduje się za nami. Otóż są to … kraje „PIGS”, z wyjątkiem „S”. To znaczy bez Hiszpanii, w której liberalne reformy za rządów premiera Aznara – hiszpańskiego odpowiednika Margaret Thatcher – nie zostały do końca popsute przez jego socjalistycznych następców. Są więc za nami, obok Włoch, Portugalia i Grecja, odpowiednio na 69. i 88. miejscu.

Tym, którzy uważają, że nie ma związku między niedostatkiem wolności gospodarczej i słabym wzrostem PKB, czy stanem finansów publicznych, polecam – pedagogicznie – doświadczenia polskiego badacza prymitywnych ludów, Bronisława Malinowskiego. Odkrył on, bowiem, i takie, które nie widziały związku między seksem i prokreacją…

Czytaj również