„Miękka siła”, czyli bezsilność Europy…

Drukuj

Kilka lat temu pewien amerykański politolog wymyślił termin „miękka siła” (soft power), definiując w ten sposób wielką – jego zdaniem – siłę oddziaływania Unii Europejskiej na świat zewnętrzny. Miała to być siłą perswazji, zachęt i przykładu. W stosunkach międzynarodowych zastąpić miała ta miękka siła „twardą siłę” militarną i polityczną Stanów Zjednoczonych (hard power). Koncepcja miękkiej siły przekonała podobnie biorących słowa za rzeczywistość amerykańskich lewicowców skupionych w Partii Demokratycznej i na lewo od niej. Ale nikogo innego.

http://www.flickr.com/photos/29487767@N02/3074487090/sizes/m/Posłużę się dwoma przykładami. Pierwszy dotyczy intelektualno-politycznego szwindlu zwanego „globalnym ociepleniem spowodowanym przez człowieka”. Unia na kolejnych światowych spędach z uporem godnym lepszej sprawy forsuje działania, które już zaczynają przynosić krajom UE rosnące szkody ekonomiczne bez żadnych niemal efektów – nawet mierzonych w kategoriach walki z ociepleniem.

Dlaczego? Bo inni na świecie rozumieją, że nie leży to w ich ekonomicznym interesie. Znowu jedynymi, których udało się przekonać, był prezydent Obama i jego mocno lewicujący rząd. Bo już nie cała Partia Demokratyczna, której część senatorów i kongresmenów – świadoma kosztów – odesłała odnośne ustawy do parlamentarnej „zamrażarki”. Reakcją „miękkosilców” była propozycja podniesienia z 20% do 30% zobowiązań zmniejszenia wydzielania tzw. gazów cieplarnianych (zauważmy, że dotyczyć to musiałoby także prukających krów…). Tym razem zlekceważona już przez wszystkich…

Drugi przykład dotyczy stosunku do Kadafiego i jego zbójeckich rządów. Kolejne państwa europejskie domagały się interwencji przeciwko nalotom na ludność cywilną miast, które wypowiedziały posłuszeństwo temu rzeźnikowi. Słusznie z moralnej perspektywy. Ale cóż, opór państw niedemokratycznych w Radzie Bezpieczeństwa spowalniał proces decyzyjny. Tymczasem nawet kraje Ligi Arabskiej apelowały o interwencję, ale apelować, a chcieć i umieć coś zrobić, to dwie różne kwestie.

Oczywiście, kraje Europy, domagające się interwencji, mogły same skrzyknąć się i zrobić, co trzeba, ale okazało się to niemożliwe z braku hard power. Tę w świecie zachodnim (bez przerwy zmniejszającym wydatki wojskowe) ma tylko Ameryka. A Ameryka Obamy twierdzi stale, iż nie będzie w awangardzie działań na rzecz moralnie słusznych celów, skoro jest tak za to krytykowana. I rzeczywiście, utrzymuje się od 2008r. w (powiedzmy) ariergardzie. Ale po apelach i uchwałach różnych wielce ważnych międzynarodowych gremiów dała się przekonać.

Kiedyś bywało inaczej. Afryka Północna przez znaczną część XVIII i XIX stulecia była siedliskiem piratów (podobnie jak dzisiaj Somalia). Tyle, że wówczas kraje europejskie, zainteresowane bezpieczeństwem handlu na Morzu Śródziemnym, potrafiły  s a m e  zadbać o to bezpieczeństwo. Co kilkanaście lat, gdy akty piractwa zaczynały przybierać na sile wysyłały one eskadrę okrętów wojennych, z dodatkową piechotą na pokładzie, które dopływały do pirackich portów i obracały pirackie fortece w perzynę. Potem lądowała piechota, paliła pirackie okręty, dokonywała egzekucji złapanych z bronią w ręku piratów oraz ich przywódców – i na kolejnych lat kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt piractwo wygasało.

Konkluzja tych rozważań jest raczej oczywista. Miękki to powinien być papier toaletowy. Siła zaś powinna być  t w a r d a,  czyli realnie istniejąca. I niekoniecznie zawsze musi być użyta; wystarczy, że jest gotowa do użycia.

Czytaj również
  • Paweł Luty

    Panie Profesorze!
    Joseph S. Nye jr pisząc książkę „Soft power. Jak osiągnąć sukces w polityce światowej” stawia tezę, że soft power i hard power to elementy składowe smart power, czyli mądrej, skutecznej siły. Zauważa, że „sukces Ameryki będzie zależał od głębszego rozumienia przez nas roli, jaką odgrywa soft power, i uzyskania lepszej równowagi pomiędzy hard power i soft power (…). Będzie to smart power.” (Joseph S. Nye jr, „Soft power. Jak osiągnąć sukces w polityce światowej”, s. 188, Warszawa 2007). Nye nigdzie nie stwierdza, że „w stosunkach międzynarodowych zastąpić miała ta miękka siła „twardą siłę” militarną i polityczną Stanów Zjednoczonych (hard power).” Co więcej, ta koncepcja nie przekonała „podobnie biorących słowa za rzeczywistość amerykańskich lewicowców skupionych w Partii Demokratycznej i na lewo od niej. Ale nikogo innego.”, lecz także szereg badaczy stosunków międzynarodowych – realistów. W świecie, w którym postępują procesy globalizacyjne, w którym procesy ekonomiczne i kulturowo-społeczne odgrywają co raz większą rolę sama hard power nie wystarczy. Widać to chociażby w Iraku czy Afganistanie w procesie tzw. wygrywania, a właściwie przegrywania pokoju. Wiek XXI rządzi się innymi prawami niż wiek XVIII czy XIX. Trudno jest zatem zgodzić się z tezą jaką Pan stawia w tym wpisie.
    Pozdrawiam