Minister Finansów w niezgodzie z realiami gospodarki

Drukuj

Uaktywnił nam się ostatnio min. Szczurek, udzielając seryjnie wywiadów prasie krajowej i zagranicznej. Niestety to, co mówił pozostaje w głębokiej niezgodzie z realiami gospodarki – tak polskiej, jak i światowej (a dokładnie: zachodniej). Przy okazji wrzucił kamyczek do ogródka Rady Polityki Pieniężnej, zgłaszając pretensję, że Rada nie doprowadza poziomu inflacji w okolice celu inflacyjnego. A niska inflacja, czy deflacja, komplikują politykę fiskalną.

Spróbuję przedstawić kontrargumenty w kategoriach realiów gospodarki i polityki gospodarczej. I uczynię to w trzech kolejnych krokach. Krok pierwszy, to przypomnienie, że wrzucanie kamyków do cudzego ogródka powinno zostać poprzedzone przyjrzeniem się, czy nie ma kamyków we własnym ogródku. Otóż jeszcze w ub. roku zaskoczony zostałem nierealistycznie wysokim poziomem inflacji  CPI w założeniach do uchwalonego budżetu na rok bieżący. Mało, że nierealistycznym, to jeszcze sygnalizującym pewien brak profesjonalizmu. W końcu ministrowie finansów z reguły wstawiają do założeń nieco  z a n i ż o n ą, a nie zawyżoną oczekiwaną inflację w roku budżetowym.

I ma to swoje taktyczne uzasadnienie. Jeśli z jakichś powodów strumień realnych dochodów budżetu znajdzie się poniżej przyjętego w ustawie budżetowej, to wyższa od przewidzianej w założeniach inflacja pozwoli to skompensować. Minister unika więc ambarasującej dla niego konieczności wystąpienia do parlamentu o przyjęcie budżetu dodatkowego.

Tak więc, część problemów polityki fiskalnej bierze się z własnych błędów przy tworzeniu budżetu na rok bieżący. Min. Szczurek najwyraźniej wierzy, iż polityka monetarna podbije tę stopę inflacji w satysfakcjonującej go skali (nie jest w tym myśleniu, niestety, odosobniony!). Ja rozumiem, że na tym szczeblu żaden minister nie ma już czasu na prowadzenie własnych badań. Ma jednak zaplecze analityczne w swym urzędzie.

Dobre byłoby, więc, gdyby poprosił swoich analityków, aby przedstawili mu kształtowanie sie inflacji w krajach i regionach, gdzie stopy procentowe banków centralnych – inaczej niż u nas – sprowadzono do zera (albo i niżej poprzez tzw. „ułatwienia ilościowe”). Dowiedziałby się bowiem od nich, że w strefie euro, w Wielkiej Brytanii, Japonii, czy też w USA inflacja też jest bardzo niska i też chwilami zamienia się w niewielką deflację.

Wniosek z takiego ćwiczenia byłby – czy przynajmniej  p o w i n i e n  być – jednoznaczny. Bezrefleksyjne obniżanie stóp procentowych  n i e  prowadzi, przynajmniej w naszych czasach, do wzrostu inflacji. RPP nie pomoże więc Ministrowi w jego problemach, bo z różnych powodów dynamika zmian cen prowadzi nie w górę a w dół. Stopy procentowe nie wpływają, więc na „podbicie” poziomu inflacji, ani u nas, ani gdzie indziej w świecie zachodnim.

Trzeci i ostatni krok dotyczy trudności, jaka polityce fiskalnej stawia niski poziom inflacji. Otóż w całym świecie zachodnim politycy (zapewne także ci niewierzący…) modlą się o co najmniej paroprocentową inflację. Ogromna większość tych krajów jest głęboko zadłużona:  tak między 75% a 150% w relacji do PKB. Szans na wyjście z zadłużenia w wyniku szybkiego wzrostu PKB nie ma żadnych (nie pozwala na to ogromny garb „socjalu” w budżetach tych państw). Alternatywą staje się wówczas w miarę wysoka inflacja, która obniża realny poziom zadłużenia. Ale na nią też nie ma szans. Tyle, że akurat w kwestach zadłużenia, dzięki poprzednikom ministra Szczurka nasza sytuacja nie jest tak dramatyczna…

Czytaj również