O budżecie – z sensownej perspektywy

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/the-bowies/4791438328/Dyskusja o budżecie staje się coraz bardziej irytująca. Z jednej strony mamy głośnych krytyków, który – w chórze, jak również solo – piszą o tragicznej sytuacji  finansów publicznych. Wśród solistów wyróżnia się prof. Krzysztof Rybiński, który formą i treścią swoich ocen wydaje się dążyć do tego, by stać się równoważnikiem Jarosława Kaczyńskiego sceny ekonomicznej.

Z drugiej strony mamy mniejszą liczbę ekonomistów, którym też nie podoba się wysoki deficyt publiczny, ale którzy rozumieją ostrożność rządzących w odniesieniu do ostrych cięć budżetowych. I nie pochwalając nieprzejrzystości wynikającej z nadmiaru mało znaczących zmian, akceptują przedwyborczą ostrożność (przede wszystkim z powodu mało apetycznej alternatywy).

Wielu wystarczyłoby, więc, stopniowe zmniejszanie deficytu (powiedzmy o 1% PKB rocznie) do wyborów parlamentarnych. Tyle, że w tym roku i takiej, niewielkiej, redukcji nie będzie i jakoś nikt – włącznie z rządem – nie potrafi, czy nie chce, przedstawić sensownej odpowiedzi. Ani dlaczego nie ma w tym roku owego niewielkiego spadku, ani skąd biorą się – i będą brać się!! – bardziej trwałe problemy.

Odpowiedź na pierwsze pytanie zawiera się w odpowiedzi za drugie. Poszukiwań odpowiedzi co do  t r w a ł y c h  determinant presji na budżet w Polsce jest  bardzo niewiele. Tak więc, polskie finanse publiczne znajdują się od 2006-07 roku pod wpływem trzech czynników, które będą oddziaływać w średnim okresie (3-7 lat).

Po pierwsze, fatalna polityka fiskalna rządów PiS „wyborowała” dziurę po stronie dochodów, zmniejszając składkę emerytalną pracobiorców o 5 pkt. proc. W efekcie z roku na rok z ogólnego budżetu ZUS-owi dodawać trzeba ekstra 20-25 mld zł, by zrekompensować mu tę stratę. Jednocześnie powiększenie rozmaitych świadczeń za tychże rządów zwiększyło udział wydatków „sztywnych” w każdym kolejnym budżecie do ok. 72% całości. A to oznacza, że zmiany mogą być dokonywane tylko poprzez nowe ustawy, zmieniające poziom lub zakres świadczeń; tymczasem w parlamencie, nie tylko w PO, nie ma większości chętnej do podjęcia takich kroków (zwłaszcza przed wyborami parlamentarnymi).

Po drugie, Polska (i jeszcze kilka krajów UE) jest „karana” za to, że przeprowadziła reformę emerytalną w wyniku której od 2020r. nasze wydatki emerytalne będą pod względem udziału w PKB mniejsze niż obecnie (w znacznej większości krajów zachodnich będą wyraźnie większe). Tyle, że wcześniej musimy z budżetu dokładać spore sumy (w 2009r. 21 mld zł). W latach niskiego wzrostu, to duży wysiłek, powiększający deficyt budżetowy o ok. 1,5% PKB.

Po trzecie, niewiele mówi się o tym, że unijna „darmocha”, czyli fundusze pomocowe, drenuje budżet państwa. Państwo (czyli budżet centralny) wzięło na siebie dostarczanie większej części tzw. wkładu własnego samorządów terytorialnych i agend sektora publicznego w ogóle – a to kosztuje! Tylko w okresie styczeń-sierpień b.r. wydaliśmy z budżetu kilkanaście miliardów złotych. Trzeba społeczeństwu jednoznacznie powiedzieć, że istnieje coś takiego, jak możliwy do wytrzymania przez budżet strumień dopłat – a więc i wykorzystania unijnych funduszy. Problem nie zniknie z roku na rok i nie uniknie się poważnych decyzji.

Należy zacząć rozmawiać poważnie, dostrzegając zasadnicze źródła presji na budżet ze strony opisanych tendencji. Rozmaite oceny, pomijające trwałe tendencje opisane powyżej, są nieuporządkowanym strzelaniem do ruchomych celów, których rzeczywistego kształtu dyskutanci albo nie potrafią, albo też nie chcą zauważyć.

Czytaj również