O Eurostrefie, czyli oczekujmy wysypu rozwiązań „dojutrkowych”

Drukuj

Winston Churchill zwykł był mawiać z przekąsem, że Amerykanie zawsze zastosują właściwą politykę, tyle że po wcześniejszym przekonaniu się, że wszystkie inne rozwiązania zawodzą. Czytając analizy, komentarze prasowe i uczestnicząc w konferencjach nt. kryzysu w strefie euro, mam wrażenie, że ów opisany przez Churchilla model polityki obserwujemy w niekończącej się debacie na temat środków zaradczych w kryzysie strefy euro.

http://www.flickr.com/photos/slolee/6250999334/sizes/m/in/photostream/
by slolee

Proponowane rozwiązania, takie jak „ściana ognia” (fundusze interwencyjne, chroniące kraje strefy przed bankructwem po wpadnięciu w kłopoty z rynkami finansowymi), euroobligacje (w różnych wariantach) i inne przedsięwzięcia mają jedną zaletę. Dają szansę uspokojenia rynków finansowych w krótkim okresie od paru miesięcy do roku-dwóch. I to jest właśnie cecha takich „dojutrkowych” rozwiązań, czy choćby tylko zapowiedzi ich wdrożenia w przyszłości.

Większość polityków kocha takie rozwiązania. Odsuwają one bowiem konieczność powzięcia trudnych decyzji. Trudnych, to znaczy takich, które wymagają zaciśnięcia pasa, czyli cięć wydatków. A także trudnych posunięć deregulacyjnych. Trudnych, bo narażających się różnym środowiskom, które ze swojego monopolu, czy lokalnego „monopoliku” mają jakieś korzyści.

Co zapewne zaskoczy niektórych, podobnie myślą banki i inne firmy sektora finansowego. Wystarczy  poczytać np. entuzjastyczne komentarze ich przedstawicieli na temat „poluzowania monetarnego”, czyli po prostu dodrukowywania pieniędzy, czy – bliżej strefy euro – wspólnych obligacji.

To nic, że inflacja w jakimś momencie pokaże swoją brzydką i groźną twarz. To nic, że jeśli nawiesza się na Niemczech za dużo zobowiązań, które multilateralizują koszty, a indywidualizują korzyści, to agencje ratingowe obniżą ostro oceny Niemiec i cały ten mechanizm euroobligacji okaże się kosztowo nie do utrzymania. Ważne, że można będzie odbić straty inwestując tanio pożyczony pieniądz w jakieś kontrakty surowcowe, obiecujące wysokie zyski. Albo można będzie pozbyć się jakichś brzydko pachnących aktywów z krajów mających „eurokłopoty”. Aby do jesieni (do zimy, wiosny…), a potem się zobaczy…

Piszę to nie dlatego, by pokpić sobie trochę z krótkowzroczności polityków, czy finansistów. Chcę tylko wyjaśnić Czytelnikom, dlaczego można oczekiwać – jak w churchillowskim komentarzu – długiej listy prób  nic nie znaczących, nieudanych, czy wręcz szkodliwych dla średnio i długookresowych interesów krajów, ich gospodarek i ich społeczeństw.

I proszę Czytelników, by nie martwili się, że w związku z powyższym kryzys potrwa dłużej. Kryzys i tak potrwa dłużej, bo kryzys strefy euro, czy szerzej globalny kryzys finansowy są częścią większej całości. Tej całości, którą nazywam kryzysem demokratycznego państwa opiekuńczego i polityki ekonomicznej, którą niemiecki filozof Peter Sloterdijk (niegdyś lewicowiec, dziś chyba już libertarianin) nazywa „zorganizowaną grabieżą przyszłości przez teraźniejszość”. Im więcej „dojutrkowych” rozwiązań dzisiaj, tym większy ciężar zrzucony na barki tych, którzy jutro będą tworzyć bogactwo, czyli nasz swojski PKB. I tym głębszy kryzys jutrzejszego państwa opiekuńczego.

Czytaj również