O redystrybucji, nieprzewidzianych konsekwencjach i jakości argumentów

Drukuj

W Stanach i Europie Zachodniej intensywność głosów nawołujących do większej skali redystrybucji, czy głosów prostszych w swej wymowie (by nie rzec prostackich), iż należy po prostu „zabrać bogatym”, wydaje się słabnąć nieco. Tego samego nie da się jednak powiedzieć o naszym kraju, gdzie nasilenie wyborów w najbliższych kilkunastu miesiącach wywołuje wzrost intensywności nawoływań tego rodzaju. Najczęściej prostackich, zresztą.

socjalizm

Chcąc prowadzić jakąkolwiek dyskusję trzeba jej jednak nadać pewne ramy. Pierwszym warunkiem – ostrzegawczym – powinna być świadomość częstego występowania nieprzewidywalnych (częściej zresztą przewidywalnych, lecz nie przewidzianych) konsekwencji ludzkich działań. Także w polityce gospodarczej i społecznej.

Zacznę od własnych doświadczeń. Podczas pierwszego pobytu w USA w latach 70. ub. wieku byłam zachwycony, mimo moich już wówczas liberalnych poglądów, świadczeniami pieniężnymi dla matek samotnie wychowujących swoje dzieci. „Cóż za humanistyczne podejście! Dzięki temu te matki odchowają dziecko, wrócą na rynek pracy i zniknie obawa stoczenia się na społeczny margines”.

Czytając o tymże świadczeniu przez kolejne dziesięciolecia zmieniłem zdanie radykalnie. Okazało się, że pieniądze dawane bez żadnych wymagań w stosunku do obdarowanego przyniosły nieprzewidziane fatalne skutki. Ponad 90% matek otrzymujących owe świadczenie na rynek pracy  n i e  powróciło. Mając często niewysokie i z upływem czasu kurczące się kwalifikacje owe kobiety decydowały się pozostać na „socjalu” przez cały czas edukacji swoich dzieci, gdyż różnica między zasiłkiem a ewentualnymi niskimi zarobkami nie stwarzała bodźców do podjęcia pracy.

Gorzej jeszcze, bo dzieci obserwujące własną rodzinę dochodziły nierzadko do wniosku, że jest to sposób na życie. Zachodząc w ciążę przed małżeństwem, wchodziły w „socjal” już bez jakiegokolwiek zawodowego doświadczenia – i nawet nie myślały o podjęciu pracy. Istnieją w Stanach rodziny, w których od trzech pokoleń nikt nie pracował!…

Powyższy jednostkowy argument dotyczący pewnego rodzaju dystrybucji należy rozszerzyć na wszystkie pomysły bloody do-gooders, „cholernych amatorów dobrych uczynków”, którzy reformować chcą nie tylko system opieki społecznej, ale także  system ekonomiczny. Te same zasady nieprzewidzianych konsekwencji obowiązują w  k a ż d y m  przypadku. A im większa skala zmian z tym większą starannością podchodzić należy do możliwych negatywnych, nieprzewidzianych konsekwencji. Harold Demsetz, teoretyk praw własności z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles przestrzegał przed „Nirwana fallacy”, czyli „pułapką bujania w obłokach” przy porównywaniu systemów ekonomicznych.

W ślad za Noblistą z ekonomii, Fryderykiem Hayekiem, podkreślał, że istnieją dwie kategorie systemów: te istniejące realnie i te wymyślone przez teoretyków. Ich porównywanie ze sobą jest błędem metodologicznym. Bowiem o tych pierwszych wiemy bardzo wiele, m.in. znamy historię różnych nieprzewidzianych efektów wprowadzenia takich czy innych modyfikacji do istniejącego – i ciągle ewoluującego – systemu. Tymczasem o systemach wymyślanych przez rozmaitych teoretyków, najczęściej o kolektywistycznych ciągotach, wiemy tylko o zamierzonych konsekwencjach – tych, które chcą osiągnąć. Całej reszty, jak w przypadku obu kolejnych systemów wprowadzonych w Sowietach, dowiadujemy sie już z (katastrofalnej, bądź przeważająco negatywnej) praktyki takich systemów.

Nawet jeśli założymy istnienie dobrych intencji ich twórców, to – przypomnę kolejnego Noblistę, Miltona Friedmana – „jednym z największych błędów ekonomicznych jest ocena polityk i programów na podstawie intencji, a nie rezultatów”.

Czytaj również