Obama, FED i ceny paliw

Drukuj

Niedawno, prezydent Barack Obama zarzucił republikańskim krytykom, że obwiniając jego politykę za wzrost cen paliw w Stanach Zjednoczonych mają błędne wyobrażenie o polityce energetycznej. I to tak błędne, że gdyby żyli w czasach Kolumba, to mogliby zapisać się do Stowarzyszenia Płaskiej Ziemi. Inaczej mówiąc, są ludźmi o poglądach sprzecznych z elementarna wiedzą naukową naszych czasów.

http://www.flickr.com/photos/mediajorgenyc/3033645312/sizes/m/in/photostream/
by mediajorgenyc

Rozumiem, że jest to element swoistej „wymiany uprzejmości” w przedwyborczej kampanii prezydenckiej. Niestety, co do meritum, to właśnie Prezydent Stanów Zjednoczonych popisuje się niewiedzą ekonomiczną w skali, która nie uszła by na sucho podczas egzaminu studentowi drugiego roku ekonomii (jest on zresztą w tej swojej niewiedzy w niezłym towarzystwie!).

Republikańscy spece od przemówień na pewno znajdą jakieś barwne epitety, aby odpowiedzieć na zacytowaną powyżej kąśliwą uwagę. Mnie osobiście nasuwa się tutaj porównanie wypowiedzi Prezydenta Obamy z poglądami owych plemion z wysp Pacyfiku, których członkowie nie dostrzegali związku między uprawianym przez nich seksem a rodzeniem się dzieci. Ta złośliwość nie sięga wprawdzie aż do czasów  Kolumba, ale polski etnograf Bronisław Malinowski opisywał swe spostrzeżenia prawie sto lat temu, a więc też już dość dawno…

Co zaś do odpowiedzialności amerykańskiej polityki makroekonomicznej za wzrost cen paliw mierzonych w dolarach, to sprawa jest – jako się rzekło – bezdyskusyjna. Ceny paliw i surowców na rynkach i giełdach surowcowych mierzone są w dolarach. Stąd polityka makroekonomiczna Stanów Zjednoczonych nie jest bez znaczenia także dla cen ropy naftowej, a w konsekwencji cen paliw płynnych. Także pod rządami Obamy i Demokratów.

Stany Zjednoczone prowadziły w ostatnich latach politykę fiskalną bez precedensu w czasach pokoju. Deficyty budżetowe od 2009r. przekraczają z roku na rok 10% PKB! Deficyty budżetowe i rosnące zadłużenie w sposób nie budzący dyskusji wpływają na słabość waluty amerykańskiej. Z kolei zaś słaby dolar „podkręca” ceny ropy na rynkach surowcowych, gdyż jej producenci, widząc słabnącego dolara, podnoszą ceny sprzedawanej ropy, aby zwiększyć wpływy liczone w dolarach i zrekompensować sobie w ten sposób straty, wynikające z mniejszej siły nabywczej dolara względem innych walut.

Dodatkowym problemem jest „przelewanie się” popytu – „podkręcanego” deficytami budżetowymi – na import, co z kolei podtrzymuje wysokie deficyty w bilansie płatności z zagranicą i również wpływa na osłabianie się amerykańskiej waluty.

Oczywiście, gdy mówimy o odpowiedzialności polityki makroekonomicznej USA za wysokie ceny ropy i produktów pochodnych, trzeba też uwzględniać odpowiedzialność amerykańskiego banku centralnego, popularnie określanego jako FED, w całym tym przedsięwzięciu. Polityka fiskalna ma bardzo spolegliwego partnera w polityce monetarnej.

Zerowe stopy procentowe i tzw. poluzowanie ilościowe (quantitative easing) również dołożyły swoje do słabego dolara. Poluzowanie ilościowe to nic innego, jak drukowanie „pustego” pieniądza, który przelewa się przez rynki międzynarodowe w poszukiwaniu inwestycji, które przyniosłyby jakieś zyski – o które raczej trudno w dobie niskich stóp procentowych, czy obligacji przynoszących ujemne zyski.

„Przelewają” się one, więc, przez różne rynki, w tym także surowcowe, co wprawdzie w dłuższym okresie cen nie podniesie, ale za to zwiększa skalę fluktuacji cen. A taka huśtawka psychologicznie wzmacnia nerwowość rynków – z negatywnymi konsekwencjami dla gospodarki. Także dla stabilności cen surowców.

Czytaj również