Pierwsze, nieśmiałe kiełki przebiśniegów rozsądku?

Drukuj

Od dłuższego czasu zwracam uwagę na recydywę ekonomicznego analfabetyzmu. Trzeci nawrót tej choroby trwa – a nawet okresami nasila się – od początku tego tysiąclecia (jeden z obserwatorów nazwał to celnie „millenijnym kolektywizmem”). Jest to groźne nie tylko dla poziomu dyskusji intelektualnej, ale także dla naszej przyszłej zamożności.

„Idee mają konsekwencje”, jak podkreślał XIX-wieczny filozof John Stuart Mill. I żeby nie było wątpliwości głupie idee nieuchronnie mają  s z k o d l i w e  konsekwencje. Dla przykładu, marksowski kolektywizm spowolnił na dziesięciolecia rozwój gospodarczy krajów, w których tę ideę (w jej kolejnych wariantach) zastosowano. Ale to co napisałem, to eufemizm. Pisząc otwartym tekstem, minimum 50 mil. ludzi zmarło tam z głodu podczas kolejnych kolektywistycznych eksperymentów.

Eduardo_galeano_002

W tym ogólnym, niewesołym obrazie regresu ekonomicznego myślenia pojawiają się jednak, od czasu do czasu, jakieś nieśmiałe kiełki zdrowego rozsądku. Nie wszyscy poddali sie bowiem temu regresowi. Wśród tych kiełków najbardziej obiecujące wydają się te, które wskazują na istnienie zmysłu krytycyzmu wśród ludzi, których byśmy o to wcale nie podejrzewali! To znaczy, wśród ideologów kolektywizmu i jednostek głęboko wierzących w skuteczność takich przedsięwzięć. „Radość z każdego nawróconego” (tu: na zdrową ekonomię) jest większa także poza światem wiary. Większość, jak Fidel Castro, podtrzymując siłą dogorywający ustrój, raczej zejdzie z tego świata wraz ze swoim kolektywizmem…

Dlatego z takim zainteresowaniem przeczytałem w londyńskim The Economist, że Eduardo Galeano, lewacki guru latynoskiego dziennikarstwa, autor popularnego tam pamfletu: „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej” (ponad 80 wydań po hiszpańsku!),„rewokował”. Na targach książki w Brasilii, stwierdził, że tej książki nie da się dziś czytać i usprawiedliwiał się, że gdy ją pisał „brakowało mu dostatecznej wiedzy ekonomicznej i politycznej”.

A pisał duby smalone miłe dla latynoskiego ucha, bowiem Latynosi wolą swoje niepowodzenia przypisać wyzyskowi innych, a nie swoim złym instytucjom, złej polityce, i głupim, zacietrzewionym politykom (których tak chętnie wybierają, by nim rządzili). Dorzućmy tu jeszcze większość latynoskich intelektualistów tworzących taki właśnie klimat intelektualny. To o nich napisał inny latynoski dziennikarz Alvaro Vargas Llosa, przy okazji: syn literackiego noblisty, pamflet zatytułowany”: A Portrait of a Perfect Latin American Idiot”.

Nienawrócony Eduardo Galeano pisał wówczas o mechanizmie grabieży tak przez konkwistadorów Corteza, jak i przez misje Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przez import niewolników i przez zyski General Motors. Jednym rozwiązaniem dla tego urugwajskiego lewaka był – właśnie dogorywający dzisiaj  – kubański komunizm…

A tak przy okazji warto zastanowić się, choć przez chwilę, nad owymi potępieniami rabusiów Corteza czy Pizarra, bądź handlarzy niewolników. Mamy często łatwą skłonność do potępiania Europejczyków. Oczywiście, z perspektywy dnia dzisiejszego, były to czyny okropne. Tylko czynili je przez tysiąclecia  w s z y s c y.  A na chwałę Europy trzeba powiedzieć, że to ona pierwsza zerwała niewolnictwem. Nie ma więc powodów do samobiczowania się. A bogactwo Europy wzięło się nie z rabunków, lecz z ewolucyjnego wyboru coraz lepszych instytucji.

Wreszcie, Europa nie była oazą spokoju. Prze tysiąc lat była najeżdżana ze wschodu (Hunowie w IVw.), z południa i zachodu (wielokrotnie Arabowie w wiekach od VII do X), z północy (Duńczycy, Wikingowie) i ponownie ze Wschodu (Węgrzy, potem wielokrotnie Tatarzy aż do XIIIw.).

Stopniowo, coraz lepsze instytucje poprawiały relatywną pozycję Europy. Zrozumiał to nawet człowiek ze środowisk raczej odległych od ekonomicznego zdrowego rozsądku, muzyk Bono, lider zespołu U2. Dotychczas znany z publicznych nawoływań ludzi biznesu, by robili zrzutkę na pomoc gospodarczą. Po kilkunastu latach takich szopek raptem oświadczył, że „Kapitalizm [czyli dobre instytucje] wyciągnął z biedy więcej ludzi niż pomoc gospodarcza”. Może, więc, jest na Zachodzie nadzieja na powrotną falę zdrowego rozsądku?

Czytaj również