Pod prąd modzie, czyli niespodzianki na brytyjskim rynku pracy

Drukuj

Przez mniej więcej trzy dziesięciolecia słyszeliśmy w dyskusjach międzynarodowych na temat zwiększania zatrudnienia i walki z bezrobociem  te same mniej-więcej, niewątpliwie „postępowe” hasła. Otóż mówiono i pisano, niewątpliwie słusznie, że same zasiłki dla bezrobotnych to za mało, trzeba jeszcze stosować aktywne metody wspierania rynku pracy. Jakie? Przede wszystkim szkolenia. A ponadto rozmaite formy tworzenia sztucznych miejsc pracy w firmach i urzędach, finansowanych lub współfinansowanych z funduszy publicznych.

Miarą postępowości była relacja wydatków na zwalczanie bezrobocia (włącznie z owymi tak chwalonymi „aktywnymi metodami”. Chwalono, więc, Szwecję, Danię, czy Francję za owe działania (i wydawane pieniądze). I wskazywano n. na Stany Zjednoczone, czy Wielką Brytanię jako na maruderów rynku pracy, z ich jakże niewielkimi wydatkami na zwalczanie bezrobocia.

Kiedyś, znudzony jednostronnym krytycyzmem, oderwanym od statystyk rynku pracy, przeprowadziłem korelację dla tuzina krajów OECD liderów i maruderów wydatków związanych z polityką rynku pracy i otrzymałem (spodziewane przeze mnie), niemniej uznane za zaskakujące, wyniki. Otóż korelacja między skalą wydatków na politykę rynku pracy a standaryzowaną, stosowana przez OECD, stopą bezrobocia była  u j e m n a.  To znaczy, im mniejsze wydatki na politykę rynku pracy, tym niższa była stopa bezrobocia!

Bezrobocie

Wyniki powyższe były paradoksalne tylko pozornie.  Amatorzy majstrowania przy rynku pracy nie chcą zazwyczaj przyjąć do wiadomości, że o wiele ważniejsze dla poziomu zatrudnienia i bezrobocia niż wydatki na „aktywną politykę rynku pracy” są inne ich determinanty. Nieuciążliwe regulacje i relatywnie niskie podatki wspierają silniej wzrost gospodarczy niż jakakolwiek polityka względem rynku pracy. W ostatecznym rozrachunku to właśnie wzrost gospodarczy generuje wzrost zatrudnienia. Bez wzrostu gospodarczego dokonywać można co najwyżej redystrybucji miejsc pracy, nie zaś realnego zwiększenia ich liczby.

Czy to znaczy, że nie należy wspierać działań na rzecz aktywizacji, czy reaktywizacji tych którzy z rynku pracy wypadli, czy nań nie powrócili. Albo wymusić wejście na rynek pracy tych, którzy się do tego nie kwapią? Owszem należy, ale tym wszystkim nie pomogą szkolenia. Potrzeba i bata (groźba redukcji „socjalu”) i marchewki (wspierania podjętej nisko płatnej pracy subsydiami budżetowymi.

W tym kierunku, jak wskazują niedawne badania OECD zmierza od szeregu lat Wielka Brytania. Od wielkiego kryzysu finansowego w latach 2007-08 Brytyjczycy wydają na wsparcie zatrudnionych na niskich stawkach oraz zatrudnionych w znacznie skróconym czasie pracy bardzo pokaźne sumy (do 2% PKB!).

Z jednej strony zaostrzony reżim świadczeń socjalnych odgrywa rolę kija, wywierając silną presję w kierunku podjęcia pracy (nawet nisko płatnej) na dotychczasowych beneficjentów (nadmiernej – dodałbym) szczodrości państwa opiekuńczego. Z drugiej natomiast system podatkowy w połączeniu ze zwiększonymi świadczeniami dla tych, którzy podjęli pracę zachęca do zawodowej aktywności.

W efekcie powyższych zmian rejestruje się w Wielkiej Brytanii zarówno spadek bezrobocia, jak i wzrost udziału pracujących w ogólnej liczbie osób w wieku zdolności do pracy (15-64 lata). ten ostatni wskaźnik wyniósł wiosną br. godne pozazdroszczenia 73,1%.

W dodatku, obserwuje się też zmniejszanie różnic obu tych wskaźników w układzie regionalnym. Może warto więc być mniej „postępowym”, a nawet zasłużyć na obraźliwe komentarze lewicowych ortodoksów w rodzaju Neala Aschersona, który potępia „barbarzyński neoliberalizm” brytyjskich rządów? W końcu dla ludzi ważne jest to, że pracują, zarabiają (nawet ze wsparciem państwa), a nie leżenie do góry brzuchem przed telewizorem, finansowane z podatków innych…

Czytaj również