Przebaczmy spekulantom!

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/34316967@N04/4762812763/sizes/z/Spekulanci nigdy nie mieli lekko. W średniowieczu lichwiarze, odmiana spekulantów, mieli doktrynalnie „przechlapane”. Kościół chrześcijański oskarżał ich o wszystko, co najgorsze, włącznie z tym, że sprzedają to, co należy do Boga (czyli czas, za który liczyli sobie procent od pożyczonego komuś kapitału). A w dodatku czynią to diabelską mocą, ponieważ pieniądze pracują na nich nawet wtedy, kiedy śpią (to z XII-wiecznego modelowego zbioru kazań, przechowywanego na Uniwersytecie Paryskim) Komuniści też nie lubili spekulantów, bo sprzedawali z zyskiem to, co kupili w państwowym sklepie. I nie tylko nie lubili, ale za tę spekulację, wsadzali do komunistycznych więzień, czyli też do piekła, tyle, że już za życia. Ktoś może powiedzieć, że miniony ustrój, to też średniowiecze, tyle że ze świecką religią. I będzie mieć rację. Ale nawet w kapitalizmie, chociaż nie wsadza ich się do więzień, są bohaterami negatywnymi rozmaitych – jak to się teraz mówi – narracji. Pierwszym, który ujął się za tymi „szwarccharakterami” był w XIXw. John Stuart Mill, ekonomista. Zwrócił uwagę, że owi znienawidzeni pełnią wielce pożyteczną rolę. I podał przykład spekulantów zbożem, którzy kupują zboże jesienią, kiedy po zbiorach cena jest niska, dzięki czemu zyskują rolnicy (gdyż bez tego dodatkowego popytu ceny poleciałyby w dół), a sprzedają wiosną, gdy ceny na przednówku ostro idą w górę. I wtedy zyskują konsumenci. Ktoś może powiedzieć, że powinni zawsze zyskiwać wszyscy, ale bądźmy poważni. Wtedy byłyby to już cuda, a nie gospodarka; tymczasem w gospodarce – inaczej niż w cudotwórstwie – idzie o sprawy poważne, czyli o pieniądze. Jestem także dlatego gotów pójść w ślady J.S. Milla, gdyż znam trochę tych niecierpianych spekulantów. W latach 70. XXw., gdy świat miał podobne problemy, politycy pomstowali na „gnomów z Zurychu”, ponieważ jakiś dzielny żurnalista „wyczaił”, że najwięcej transakcji walutowych przeprowadzają jacyś spekulanci na terenie Szwajcarii. Sam kiedyś poznałem nie tyle „gnoma”, ile „gnomową”. Była to księgowa firmy średniej wielkości, handlującej złomem hutniczym, a prywatnie – żona kolegi-profesora kulturoznawstwa z Uniwersytetu Pittsburskiego. Ponieważ firma handlowała złomem w skali międzynarodowej, więc owa pani zarządzała portfelem należności w różnych walutach tak, aby firma nie traciła na poważnych wahaniach kursów walutowych, jakie też miały wówczas miejsce. Udawało się jej nawet dorzucić w ten sposób do zysków firmy 30-50 tys. $ rocznie. Kiedy przez ostatnią dekadę spotykam się od czasu do czasu z zagranicznymi inwestorami finansowymi, zwłaszcza z zagranicznych funduszy emerytalnych, mój wyczulony węch podpowiada, że – od czasu do czasu przynajmniej – też miewam do czynienia ze spekulantami. Ale w odróżnieniu od różnych polityków z krajów strefy euro i z Brukseli nie dostrzegam w nich uosobienia zła. Spekulantom należy zresztą raczej współczuć. W końcu są to ludzie, którzy nie dlatego np. starają się sprzedać portugalskie obligacje publiczne, że chcą doprowadzić Portugalię do bankructwa (a potem zaczynają tę samą grę np. z obligacjami hiszpańskimi). Po prostu, obawiają się poważnych strat dla ich firm, którym doradzili kupno owych „pewnych” papierów, a w efekcie i np, dla jakiegoś pana Muellera, pani Jones, pana Johanssona, czy pani Dupont. Przyszłych emerytów, którzy inwestują część swoich dochodów, myśląc o bardziej dostatniej starości. Spekulanci myślą też z niepokojem o własnych dochodach, a nawet własnej posadzie w tym, czy innym funduszu, gdy ich firma odnotuje znaczną stratę w wyniku ogłoszenia przez któreś państwo niezdolności spłaty. Spekulanci dziś też nie mają lekko…

Czytaj również