Równość kontra wolność: Czy zwolennicy Chianti muszą zapraszać zwolenników Valpolicelli?

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/rosh/246187583/sizes/m/Żyjemy w czasach rozpasanej równości. Rozmaici polityczni przedsiębiorcy ciągle domagają się wprowadzania prawem kolejnych, coraz dziwaczniejszych form równości pod hasłem walki z dyskryminacją. Załóżmy, że w liberalnej demokracji powstaje prywatne stowarzyszenie, czy też klub, zwolenników toskańskiego wina Chianti. Ludzie ci spotykają się, piją Chianti i bawią się doskonale. Liberał, dla którego wolność (tutaj: zrzeszania się) jest fundamentem cywilizacji zachodniej uzna powstanie takiego klubu i jego reguły („z win podajemy tylko Chianti”) za coś najnormalniejszego w świecie. Takie są preferencje członków klubu i nie szkodzą one nikomu innemu.

Zareaguje dopiero, gdy jakiś natręt zacznie domagać się przyjęcia do klubu, aby potem chodzić po klubie z butelką np. Valpolicelli w ręku i przekonywać, że to jest znacznie lepsze wino. A załóż, że sobie człowieku stowarzyszenie czy klub zwolenników Valpolicelli i spotykajcie się w nim, bawiąc się jak najlepiej. Ale zwolennicy rozpasanej równości i niedyskryminacji zakrzykną, że nie o Valpolicellę tutaj idzie, tylko o niedyskryminację. Nie można dyskryminować owego zwolennika Valpolicelli w klubie zwolenników Chianti.

Ktoś może powiedzieć, że jest to wymyślony problem. Otóż nie. Sam jestem zwolennikiem Valpolicelli, co w niczym nie zmienia mojego poglądu na prawo zwolenników Chianti do zrzeszania się. Nim przejdę do głośnej ostatnio sprawy owej lesbijki w katolickiej szkole przypomnę, że podobne do „Chianti/Valpolicella” problemy w USA „politycznie poprawni” sędziowie rozstrzygali na niekorzyść zwolenników jakichkolwiek preferencji (np. męskich klubów gier karcianych, czy innych tego rodzaju stowarzyszeń). Ich statuty sądy uznawały za sprzeczne zasadami niedyskryminacji.

Czego jeszcze nie spotkałem, to sprawy sądowej zwolenników klubu kibica jednej drużyny do wolności przychodzenia na spotkania klubu kibica innej drużyny i wznoszenia okrzyków, powiedzmy, „Niech żyje drużyna Celtic (Glasgow)!” na spotkaniu klubu kibica „Glasgow Rangers” lub odwrotnie. Ale poczekajmy. Być może i tę „dyskryminację” jakiś sąd czy parlament zniesie w kolejnym przypływie aktywizmu…

Sprawy te nie różnią się od sprawy prywatnej szkoły katolickiej, w której ze swoim alternatywnym stylem życia seksualnego obnosiła się owa lesbijka. Jej preferencje powinny być prawnie chronione przed  r z e c z y w i s t ą  dyskryminacją. W końcu tylko sto lat minęło od zawstydzającej dla naszej cywilizacji sprawy słynnego dramaturga i aforysty Oskara Wilde’a, skazanego na karę więzienia za homoseksualizm.

Tylko Wilde’owi nie przyszłoby do głowy, by zaproponować swoje (niewątpliwe) dydaktyczne talenty jakiejś szkole anglikańskiej! Wilde był bowiem liberałem (polecam jego krytyczny esej: The Soul of Man under Socialism) i akceptował wolności innych. Szkoły katolickie powstają po to, by obok podstawowego programu dydaktycznego uczyć ich własnego systemu wartości. Ja mogę z nim zgadzać się lub nie, ale akceptuję  w o l n o ś ć  w y b o r u  tych, którzy cenią sobie ów system wartości i unikają zderzenia kulturowego.

Taki jest właśnie liberalny imperatyw kategoryczny. Oczywiście, dobrze jest, gdy zauważa się inne systemy wartości i inne preferencje, ale narzucać ich mocą prawa zrzeszeniom ludzi wyznającym inne wartości  n i e  należy. Nie pozwalajmy więc kibicom Glasgow Rangers wołać: „Niech  żyje Celtic!” na klubowym spotkaniu fanów tej ostatniej drużyny…

Czytaj również