Rozważania na brzegu łóżka…

Drukuj

Rozważania o losie Eurostrefy i drogach wiodących do zażegnania kryzysu przypominają mnie trochę stary żart, kiedy to jedna przyjaciółka zwierza się drugiej, że w swoim nowym małżeństwie ma za mało seksu. Czy twojego męża seks nie interesuje? – pyta ta druga. Nie – odpowiada ta pierwsza. – Tylko on jest metodologiem. Siada na brzegu łóżka i opowiada on jak to będzie robić. I na ogół na tym się kończy.

http://www.flickr.com/photos/rachelpasch/5152997370/sizes/m/in/photostream/

W obecnych rozważaniach jest bardzo podobnie. Komisja Europejska przygotowała trzy koncepcje euroobligacji. Rozpala się dyskusja, która z nich jest najlepsza. Niemcy przygotowali inna koncepcję –  znowu dyskutujemy zalety, wady i  szanse na wprowadzenie danego pomysłu. I tak da capo al fine. Z tym, że ów fine jednak się zbliża – niezależnie od liczby pomysłów i ich jakości.

Nikt tymczasem nie zadaje – prostego skądinąd – pytania:   D l a c z e g o  r z ą d y  p o ż y c z a j ą ?  Nie mają przecież obowiązku pożyczania! Można przecież – teoretycznie przynajmniej – zredukować wydatki publiczne i  n i e  pożyczać, bądź pożyczać dużo mniej. Niestety, nie widać wielu chętnych do takiej polityki (także i w Polsce!). Dlaczego więc praktyka nie idzie w ślad za teorią?

Bo trzeba by przyznać się faktycznie do bankructwa. Nie idei europejskiej, bo to w ogóle nie w tym rzecz. Rzecz w  bankructwie państwa opiekuńczego w jego obecnym, pęczniejącym przez ponad pół wieku, patologicznym kształcie. Na takie państwo opiekuńcze nie ma pieniędzy. I nigdy już nie będzie. Tylko nikt nie chce się do tego przyznać po tej stronie Atlantyku (a i po drugiej nie za bardzo!), bo przegra nadchodzące wybory. Lepiej więc „rolować” długi (czyli przenosić ich spłatę na później), zaciągać z coraz większym trudem nowe i pomstować na banki i inne instytucje finansowe, które za kupowanie obligacji potencjalnych bankrutów domagają się wyższych procentów, gdyż – nie bez racji! – widzą szybko rosnące ryzyko.

Zobowiązań, które narobiły państwa zachodnie jest tyle i tak kosztownych, że nie ma szans, by starczyło na to pieniędzy z podatków, które zresztą nakładane będą na coraz mniejsza liczbę pracujących w relacji do liczby beneficjentów państwa.

opiekuńczego.

Rachunki są dość skomplikowane, ale jeden z nich, zrobiony przez amerykański Krajowy Instytut Analiz Politycznych, warto zacytować dla zastanowienia i przestrogi. Otóż podliczono tam wartość zobowiązań – wyłącznie emerytalnych i rentowych – dla krajów zachodnioeuropejskich i wyszacowano, jaki powinien mieć kapitał system ubezpieczeń społecznych, gdyby był to system kapitałowy (mniej więcej jak OFE), a nie system płatności dzisiejszych pracujących wczorajszym pracującym, będącym dzisiaj emerytami.

Wyniki są dla Grecji iście szokujące. Otóż ażeby sfinansować emerytury i renty dla Greków (niezwykle hojne zresztą w stosunku do poziomu wcześniejszych płac), taki system kapitałowy musiałby mieć pieniądze o wartości 875% rocznego greckiego PKB!! I W przypadku Grecji nie są to zresztą tylko rozważania czysto teoretyczne. Ponieważ pieniędzy nie ma, więc grecki system emerytalny  j u ż  przeszedł dość drastyczne odchudzenie.

Z braku pieniędzy, wprowadzone cięcia następujące. Przyjęto jednakowe minimum, niezbyt wysokie indywidualnej emerytury, a to, co powyżej poddano cięciom w wysokości 20-40% pozostałych kwot. A i to jeszcze nie koniec, bo nawet po cięciach i tak trzeba z budżetu dofinansować „ichni” ZUS kwotą 13 mld. euro! Gdy rozważamy problemy zadłużeniowe krajów Eurostrefy, warto o tym przypadku pamiętać.

Czytaj również
  • Tomasz

    No właśnie, dlaczego rząd pożycza???

    Widzę to tak: Klientów przeciętnego banku, kredytobiorców można podzielić na dwie główne grupy.
    Tych, którzy zaciągają kredyt (lub kredyty) w ramach swoich możliwości płatniczych (nie mylić ze zdolnością kredytową według metodyki bankowej),
    oraz tych, którzy bazują (wręcz żerują) na owej zdolności, obciążając do granic możliwości swoje budżety domowe zobowiązaniami kredytowymi.
    Ci pierwsi, owszem, kredytują swoje potrzeby, ale również mają świadomość na ile mogą sobie pozwolić, a nowe zobowiązania zaciągają po spłacie starych.
    Ci drudzy zaś, często robią to na zasadzie rolowania starych długów nowymi, dokładnie tak jak Państwo roluje zapadłe obligacje (dopożyczając jednocześnie jeszcze więcej).
    Dla tych pierwszych istotą jest mieć, ale nie za wszelką cenę, dla drugich właśnie odwrotnie.
    Cóż machina się nakręca i mamy wtedy tzw. pułapkę kredytową, kiedy klient zarabia mniej niż musi wydać na życie, rachunki i raty swych kredytów.

    Myślę, więc że rząd pożycza z podobnych pobudek. Aby coś sfinansować. Często są to potrzeby, które nie wymagałyby finansowania obligacjami, gdyby Państwo nie marnotrawiło pieniędzy. Szkoda tylko, że robi to tak ta druga grupa kredytobiorców banku z podanego wyżej przykładu.
    Może zamiast nieudolnie próbować gonić poziom gospodarek zachodu zadłużając kraj, zacząć łatać dziury w systemie, z którego zbyt wiele pieniędzy wycieka bokiem. Nie wspomnę o administracji, sądownictwie, służbie zdrowia, szkolnictwie i innych wyciągających łapy do budżetu. Państwo powinno być jak rodzinna firma. Minimum kosztów, maksimum przychodów. No chyba prościej się nie da…