Szkoda trochę nauczycieli, ale nie mają racji…

Drukuj

Jeśli jest w Polsce jakaś grupa zawodowa, która przypomina zbuntowanych przeciwko rzeczywistości w stylu zachodniej Europy, to są nią właśnie nauczyciele i ich związkowe reprezentacje. Uczniów jest w niektórych miastach mniej nawet o połowę niż jeszcze kilka lat temu, ale nauczycieli nie ubywa, a koszty płac rosną szybko z roku na rok. Taki nierzeczywisty świat nie może istnieć dużo dłużej i – mimo protestów oraz straszenia strajkami przez dzielnych związkowców – zostanie skorygowany raczej wcześniej niż później. W awangardzie działań na rzecz zmian znajdują się samorządy lokalne, które po prostu nie dają sobie rady z rosnącymi kosztami.

Przy okazji sporów wobec redukcji liczby szkół i zmniejszenia zatrudnienia dokonuje się jakiś przedziwny, surrealistyczny taniec. Surrealistyczny, bo padające stwierdzenia są wzięte ze świata, którego nie ma. Zacznę od listu pisarza, Pawła Huelle, do prof. Balcerowicza. Pal sześć, że niesprawiedliwie oskarża go, iż „uwziął się na słabszych”. Ale, gdy czytam, że nic nie zastąpi wspaniałych szkół publicznych, to przecieram oczy ze zdumienia.

Uczyłem kilkakrotnie w Stanach. Raz nawet byłem tam z 12-letnim synem, który chodził do państwowej szkoły. Nawet dwóch, bo przeniosłem go do innej, gdzie mniej łobuzowano i mógł się czegoś w spokoju nauczyć (głównie angielskiego, bo reszta byłą na słabym poziomie). Szkoły były wspaniałe tylko jeśli idzie o ich infrastrukturę. Takich boisk i sal sportowych pozazdrościć im mogły niejedne kluby sportowe w Polsce.

Ale jeśli idzie o samo nauczanie, to było tam raczej marnie. Nauczycieli była chmara, np. pięć poziomów nauczania matematyki (na najwyższym nie było ani jednego Amerykanina). Na najniższym można było nie umieć prawie nic i z czwórką przejść do kolejnej klasy. Natomiast w niewielkich, jeśli idzie o kubaturę, szkołach prywatnych, najczęściej przy parafiach różnych denominacji, wyniki ogólnokrajowych testów były o niebo lepsze. Mimo iż nauczyciele zarabiali mniej niż w państwowych szkołach, poziom nauczania był znacznie wyższy; i nauczyciele, i uczniowie byli znacznie lepiej zmotywowani. I tak jest, jak wiem do dzisiaj. Nawet politycy ze wspieranej przez lobby nauczycielskie Partii Demokratycznej najczęściej wysyłają swoje dzieci do szkół prywatnych…

W Niemczech jest inaczej. Ogromna większość dzieci chodzi do szkół państwowych. Ale i tam państwo opiekuńcze zaczęło już w latach 90. ub. wieku dostawać zadyszki finansowej. Rezultat? W okresie 10. lat, w którym uczyłem na Uniwersytecie Europejskim-Viadrina (1994-2003) dwa razy zwiększono liczbę godzin pracy nauczycieli szkolnych. Najpierw z 21 godz. do 23-24 godz., a następnie do 27-28 godz. Raj, w którym dostaje się wiele, dając z siebie znacznie mniej, kończy się w bogatszych od Polski krajach!

Napisałem, że szkoda mnie nauczycieli. Nie mają oni łatwego życia warunkach, gdy istnieje tyle innych źródeł informacji. Trzeba umieć więcej niż kiedyś, by być w stanie je interpretować. Przekazywanie samych informacji, to już tylko przeszłość. Ale podejście z piosenki z lat 60. XXw.: „Stop the world, I want get off” prowadzi do nikąd. Szkół będzie coraz mniej i będą one nierzadko prywatne.

Najogólniej rzecz biorąc, to dobrze, gdyż inaczej nigdy nie wprowadzi się konkurencji i ocen nauczycieli według efektów ich pracy, co będzie tylko z korzyścią dla uczniów. Nie chcą tego bowiem ani nauczyciele, ani ich związkowe reprezentacje, które w stylu J.-J. Rousseau chciałyby wyeliminować wszelkie ocenianie kogokolwiek za cokolwiek. „Urawniłowka” nade wszystko…

Czytaj również
  • infamous

    Szkoda że w polsce są tak nieprzyjazne warunki prywatnych szkół jest mało ludzie nie mogą się przekonać na własnej skórze. A różnica między poziomami jest ogromna. Tak samo w szkolnictwie wyższym, co by się stało gdyby upublicznić Harvard albo Oxford. Taki eksperyment przerodził by się w farsę.