Za co ojciec bił syna, czyli o „walce z recesją”

Drukuj

http://www.flickr.com/photos/differentspain/343059217/sizes/m/Proponuję w tym felietonie spojrzeć nieco inaczej na politykę makroekonomiczną. Od czasów Keynesa uważa za aksjomat, że w czasie dekoniunktury – absolutnych spadków PKB lub choćby silniejszego spowolnienia – władze publiczne powinny interweniować czy to ekspansją fiskalną, czy (później, po Keynesie) także poluzowaniem monetarnym. A to w celu jak najszybszego powrotu na ścieżkę wzrostu gospodarczego. W jakim tempie? O tym już nie mówi się, ale istnieje domniemanie, że w tempie obserwowanym przed recesją.

Pominę tutaj wielokrotnie przywoływane przeze mnie negatywne konsekwencje deficytów budżetowych, wysokiego długu publicznego, czy (co jeszcze szkodliwsze w długim okresie) wysokiego udziału wydatków publicznych w PKB jako konsekwencji stałego stymulowania gospodarki. Idzie mnie o coś innego. Od kilkudziesięciu lat recesje traktowane są jako coś jednoznacznie złego, szkodliwego dla gospodarki.

Tylko, czy tak jest naprawdę? Stary Schumpeter prawie sto lat temu pisał, że recesje są okresem  k u r a c j i  po ekscesach ekspansji. I wskazywał, że okresy recesji eliminują z gospodarki największych ryzykantów, nieuzasadnionych optymistów, itp.  – jednym słowem najsłabsze ogniwa gospodarki. Gospodarka wychodzi z recesji wzmocniona, gdyż najsłabsi odpadli, solidne firmy zwiększyły swój udział w rynku, a także weszły na rynek zupełnie nowe firmy, zachęcone pojawieniem się „wolnego miejsca”.

Jeśli spojrzeć na amerykańską gospodarkę z tej perspektywy, to poprzedzające kilka-kilkanaście lat było okresem  s z o k u j ą c y c h  ekscesów: w polityce monetarnej FED-u, w polityce odnośnie do budownictwa mieszkaniowego i polityce socjalnej, w regulacji sektora finansowego i w wielu innych obszarach. Niemało „akcji ratunkowych” poszczególnych wielkich firm jest mocno krytykowane. Gospodarka „wspierana” w ten sposób nie przeszła bowiem schumpeterowskiej ozdrowieńczej kuracji.

Podobnie dzieje się na rynku mieszkaniowym, gdzie za wszelką cenę (nawet kolejnej „bańki” mieszkaniowej) rząd szuka dróg utrzymania – popularnego politycznie, ale bardzo szkodliwego ekonomicznie – programu kredytów mieszkaniowych dla tych, którzy nie oszczędzają, nie zarabiają regularnie i po prostu nie mają wiarygodności  kredytowej. Ale głosują w wyborach i na to liczą rządzący politycy…

Innymi słowy, nie przeszedłszy takiej kuracji, gospodarka USA nadal „kuleje” i tak kuśtykając posuwa się powoli naprzód. Z tej perspektywy „walka z recesją” za pośrednictwem zerowych stóp procentowych, drukowania pieniędzy i bilionowych „stymulusów” przypomina autorowi felietonu nie tyle działania ekonomistów, ile ruletkę, czy pokera, w którym przegrywający podwaja stawkę, aby „odegrać się”.

A przecież należy pamiętać stare ludowe porzekadło, że „nie za to ojciec bił syna, że grał, ale za to, że chciał <odegrać się>”! Powstaje jednak pytanie, kto w świecie polityki miałby być tym ojcem, który sprawiłby owe przysłowie lanie prezydentowi, rządowi, FED-owi i innym „odgrywającym się”? W demokracji to lanie maja prawo dać hazardzistom  w y b o r c y. I wydaje się, że tak można traktować niedawne amerykańskie wybory, w których Demokraci dostali ciężkie lanie, tracąc więcej mandatów do Izby Reprezentantów niż kiedykolwiek w okresie minionego półwiecza. A niewiele brakowało, by stracili większość i w Senacie. Zobaczymy, wiec, jak będzie wyglądać amerykańska polityka gospodarcza i regulacyjna w najbliższych latach…

Czytaj również