Zamieszanie intelektualne, czyli jesteśmy konkurencyjni czy też nie?

Drukuj

Muszę stwierdzić, że dyskusje na temat konkurencyjności polskiej gospodarki mają często masochistyczny charakter. Przede wszystkim, słychać zmasowaną krytykę, że jesteśmy dobrzy głównie w „przykręcaniu śrubek”, co oznacza,  że montujemy głównie średniej jakości produkty przemysłu przetwórczego i w związku z tym będziemy mieć z upływem czasu rosnące kłopoty w eksporcie.

Tymczasem eksportowe realia nie chcą się w żaden sposób zgodzić  z tak krytyczną oceną. Gdybyśmy bowiem mieli napotykać rosnące trudności w eksporcie, to nasz udział w eksporcie ogółem, a w szczególności w eksporcie do krajów Unii Europejskiej,  musiałby się zmniejszać. Tymczasem jest dokładnie  o d w r o t n i e.  Od 2005r. nasz udział w imporcie światowym zwiększył się z 0,84% do 1,12% w I kwartale b.r., a udział w imporcie krajów europejskich wzrósł w tym samym okresie z 1,77% do 2,69% – a więc jeszcze szybciej niż nasz eksport ogółem. Mierząc konkurencyjność wynikami eksportu, jesteśmy więc bardziej, a nie mniej konkurencyjni!

Podtrzymując ów masochistyczny sposób myślenia, wysuwa się jednak kolejny argument – dotyczący nieco odleglejszej przyszłości. Otóż używa się argumentu – podejrzewam, iż niezbyt dobrze rozumianego przez owych krytyków – tzw. pułapki średniego dochodu. Wedle tego argumentu wprawdzie dziś jesteśmy konkurencyjni (zwłaszcza cenowo), ale już jutro może być inaczej, jeśli nie staniemy się bardziej innowacyjni. To znaczy, jeśli nie będziemy wydawać dużo pieniędzy na B+R i nie włączymy się bardziej intensywnie w wytwarzanie innowacyjnych produktów i usług o wysokim udziale wartości dodanej, to pozostaniemy na wieki producentami, czy wręcz montażystami tańszych wyrobów – bez szans na wysokie płace zbliżone do zachodnioeuropejskich.

Powyższy, dość popularny w publicystyce i naukowych dyskusjach pogląd, budzi wiele wątpliwości. Po pierwsze, zakłada on, iż badania i rozwój pozwalają tworzyć nowe dziedziny produkcji, czyli związki przyczynowo-skutkowe biegną od B+R do produkcji w nowych bardziej zaawansowanych gałęziach wytwórczości. Tymczasem w rzeczywistości związki te biegną w  o d w r o t n y m  kierunku. Różne kraje mają różny poziom wydatków na B+R, ponieważ mają różną strukturę produkcji. Np. dzisiaj Korea Południowa wydaje ok. 3% PKB na badania i rozwój, ponieważ duży udział w całości produkcji przemysłu przetwórczego zajmują „naukochłonne”  gałęzie przemysłu. Ale lat temu 20-30 ten udział B+R w koreańskiej gospodarce był dużo niższy, bowiem brak było w niej owych naukochłonnych gałęzi (lub były one dopiero na początkowym etapie rozwoju, nie wymagającym takich nakładów badawczo-rozwojowych).

innowacja

Podstawową prawidłowością przemian w strukturze produkcji – przechodzenia od mniej do bardziej zaawansowanych gałęzi wytwórczości – jest zdolność gospodarki do opanowania techniczno-organizacyjnych nowych lub adaptowanych rozwiązań. I jeśli mielibyśmy martwić się „pułapką średniego dochodu”, to właśnie z tego punktu widzenia – czy będziemy w stanie wprowadzać owe bardziej zaawansowane gałęzie wytwórczości.

Czym różnimy się od innych średnio rozwiniętych gospodarek naszego regionu? Mamy podobny poziom kosztów wytwarzania, podobny poziom zaawansowania technologiczno-organizacyjnego. Być może, jedynym krajem wyprzedzającym nas pod tym względem w regionie są Czechy. Ale różnice względem Czechów też nie są wielkie. Myślę, że interpretacja masochistyczna jest znacznie przesadzona i nasza gospodarka raczej da sobie radę w perspektywie najbliższych 5-10 lat, ewoluując w pożądanym kierunku. Z jednym wszakże zastrzeżeniem. Moje główne obawy w tym względzie dotyczą ingerencji państwa w ten proces i  n a d m i a r u  (nie niedostatku!!) unijnych pieniędzy, które – moim zdaniem – utrudniać będą raczej niż ułatwiać przemiany strukturalne.

Czytaj również